Rok temu postanowiłem, że w każdy weekend z dobrą pogodą będę chodził na targi staroci. Traktowałem to trochę jak eksperyment, trochę jak ucieczkę od ekranu. Dziś, po jakichś czterdziestu porankach spędzonych wśród cudzych rzeczy, mam bilans, którym chcę się podzielić. Nie jako ekspert, tylko jako ktoś, kto przerobił to na własnej skórze i portfelu.
Pięć rzeczy, których nie oddam
Nie żałuję pięciu zakupów i każdy z nich kupiłem za mniej, niż wygląda.
Pierwsza to mosiężna lampa warsztatowa za 25 złotych, którą sprzedający uznał za złom, a ja zobaczyłem pod patyną dobrą robotę i gwint pasujący do współczesnej żarówki. Druga to skrzynka narzędzi po stolarzu, cała, z inicjałami wypalonymi na wieku. Trzecia to nie przedmiot, tylko nawyk: wstawanie o świcie w weekend, które daje mi więcej spokoju niż spanie do południa. Czwarta to rozmowy z ludźmi, którzy pamiętają, skąd każda rzecz pochodzi. Piąta, najważniejsza, to nauczenie się, że nie muszę niczego kupić, żeby dobrze spędzić poranek.
Jeden zegar, którego żałuję
Żałuję jednej rzeczy i powiem o niej wprost, bo to uczciwsze niż udawanie eksperta bez wpadek.
Kupiłem kiedyś zegar kominkowy, o którym sprzedający zapewniał, że wymaga tylko czyszczenia. Zapłaciłem 180 złotych, bo się zapaliłem, bo ładnie wyglądał i bo o siódmej rano nie chciało mi się negocjować. W domu okazało się, że mechanizm jest do wymiany, a naprawa przewyższa wartość zegara. Stoi teraz na półce jako ładny, drogi wyrzut sumienia i codzienne przypomnienie jednej zasady, którą teraz traktuję świątecznie: wszystko, czego nie da się sprawdzić na miejscu, traktuj jak niedziałające, a jeśli mimo to działa, potraktuj to jak premię, nie jak założenie.
Godzina ważniejsza niż targ
Po roku wiem, że na targu staroci liczy się nie tyle miejsce, co godzina, o której się pojawisz.
Handlarze i kolekcjonerzy robią zakupy, kiedy wystawcy dopiero rozkładają towar, czyli o świcie. Szukasz rzeczy rzadkiej i konkretnej? Musisz być z nimi, z latarką i gotówką w drobnych. Szukasz po prostu ładnych przedmiotów w dobrej cenie? Przyjdź na koniec, bo przed pakowaniem sprzedający wolą opuścić cenę, niż wieźć skrzynie z powrotem. Cały ten kalendarz godzin, negocjacji i pułapek opisałem szczegółowo w tekście o tym, jak chodzić na targ staroci i się nie naciąć, bo zasługuje na własny poradnik z konkretami.
Druga strona stołu
Rok chodzenia po targach zmienił też moje spojrzenie na ludzi po drugiej stronie stołu.
Zacząłem rozumieć wystawców: ich pobudki o czwartej, kalkulacje opłat za miejsce, znudzenie po ósmej godzinie na nogach i to, dlaczego czasem nie chce im się rozmawiać. Zrozumiałem na tyle, że sam zacząłem myśleć o wystawieniu swoich powtórek i dubli, a przy tej okazji zebrałem, co warto wiedzieć, zanim się stanie za stołem, w osobnym tekście o sprzedaży na jarmarku. Perspektywa kupującego i sprzedającego to dwa różne światy, choć dzieli je tylko szerokość składanego stolika i kilka godzin snu.
Po co to wszystko
Czy poleciłbym komuś taki rok? Tak, z jednym zastrzeżeniem, które powtarzam każdemu początkującemu.
Kupujcie na targach rzeczy, które naprawdę was cieszą, a nie te, które mają kiedyś zyskać na wartości. Inwestowanie w starocie wychodzi nielicznym i zwykle po latach, a mieszkanie wśród przedmiotów, które się lubi i które mają swoją historię, wychodzi każdemu i od razu. Moja mosiężna lampa świeci mi nad biurkiem, kiedy to piszę, i kosztowała tyle, co dwie kawy. Zegar stoi obok i milczy. Oba nauczyły mnie czegoś ważnego, tylko że lampa nauczyła mnie przyjemnie, a zegar drogo.
Tomasz Lis
Kolekcjoner z kilkunastoletnim stażem na targach staroci i giełdach płyt. Ceny zna lepiej niż niejeden sprzedawca, a po okazje wstaje o świcie, żeby zdążyć przed tłumem. Zbiera stare narzędzia, mosiężne lampy i winyle, głównie polski jazz z lat siedemdziesiątych. Twierdzi, że najlepsze znaleziska trafiają się nie na targach, a przy okazji sprzątania cudzych strychów.


