Zestaw do linorytu kupiłam pod wpływem chwili, w sklepie z artykułami plastycznymi, między farbami a papierem. Kawałek szarego linoleum, pięć dłut w drewnianej rączce, wałek i tubka czarnej farby. Wieczorem rozłożyłam to wszystko na kuchennym stole i zrozumiałam, że nie mam pojęcia, co robię.
Pierwsze cięcie uczy pokory
Zaczęłam od prostego wzoru: gałązka z kilkoma listkami. Naszkicowałam ją ołówkiem na linoleum i chwyciłam najcieńsze dłuto. Pierwsze pociągnięcie poszło za głęboko, drugie za płytko, trzecie zjechało w bok i o mało nie skończyło się na palcu.
Szybko dotarło do mnie, że w linorycie wycinasz to, co ma zostać białe. Myślenie na odwrót, negatywem, jest na początku mylące. Kilka razy wydłubałam linię, która miała być czarna, i musiałam ratować kompozycję. Ręka bolała od nietypowego chwytu, a stół pokrył się drobnymi wiórami linoleum, które lądowały wszędzie poza wyznaczoną kartką.
Zapach farby i moment odbicia
Kiedy matryca była gotowa, wycisnęłam farbę na starą płytkę i rozprowadziłam ją wałkiem. Ten dźwięk, lepki szelest farby na wałku, okazał się dziwnie satysfakcjonujący. Nałożyłam warstwę na linoleum, przyłożyłam papier i przetarłam grzbietem drewnianej łyżki, bo prasy rzecz jasna nie mam.
Odklejanie kartki to był moment prawdy. Odbitka wyszła nierówna, w jednym rogu farba się zlała, w drugim ledwo złapała. A jednak gałązka tam była, moja, wycięta ręcznie. Zrobiłam jeszcze trzy odbitki i każda różniła się od poprzedniej. Ta zmienność, która w druku byłaby wadą, tutaj nadawała pracom charakter.
Czego bym sobie życzyła na starcie
Gdybym zaczynała jeszcze raz, kupiłabym miękkie linoleum zamiast tego twardego, szarego. Cieplejszy materiał tnie się jak masło i wybacza początkującej ręce sporo błędów. Przydałaby się też prowadnica albo mata antypoślizgowa, bo najwięcej niebezpiecznych momentów brało się z tego, że matryca jeździła po blacie.
Trzymaj dłuta naprawdę ostre, bo tępe ześlizgują się i to one najczęściej ranią. Druga ręka zawsze za ostrzem, nigdy przed nim. Reszta to już tylko cierpliwość i zgoda na popełnianie błędów, bo pierwsze prace i tak wylądują w szufladzie.
Dlaczego zostanę przy linorycie
Nie jestem grafikiem i pewnie nigdy nie zrobię nic wystawowego. A mimo to następnego dnia znów usiadłam do stołu. Jest coś uspokajającego w tym powolnym wycinaniu, w tym, że nie da się go przyspieszyć ani cofnąć. Telefon leży daleko, bo dłuto wymaga obu rąk i pełnej uwagi.
Moja pierwsza odbitka wisi teraz przyklejona do lodówki, krzywa i nierówna. Patrzę na nią rano przy kawie i myślę, że rękodzieło nie musi być ładne, żeby dawało frajdę. Wystarczy, że jest twoje i że powstało wieczorem, przy kuchennym stole, z jednym plastrem na palcu.
Aneta Grabowska
Pisze o przedmiotach z historią: starych fotografiach, dokumentach i rodzinnych pamiątkach. Z rewersu zdjęcia potrafi wyczytać dekadę, a z odręcznego dopisku na kopercie fragment czyjegoś życia. Najciekawsze archiwa, jak mówi, leżą w blaszanych pudełkach po herbacie, na strychach i w szufladach po babciach. Zaczęła od porządków we własnej rodzinie, dziś podpowiada innym, co z domowych archiwów warto zachować, a co oddać do muzeum.


