Rama tkacka trafiła do mnie przypadkiem, wciśnięta między krzesła na wyprzedaży garażowej. Drewniana, prosta jak płot, z napisem flamastrem: 5 zł. Wziąłem ją z myślą, że najwyżej posłuży za ramkę do zdjęć.
Tydzień później siedziałem po nocy z motkiem wełny i uczyłem się słów, których nie znałem: osnowa, wątek, przesmyk. Ten tekst to zapis siedmiu wieczorów, w których nic nie szło zgodnie z planem.
Wieczór pierwszy: napinanie osnowy, czyli lekcja pokory
Osnowa to te pionowe nitki, na których trzyma się cała tkanina. W internetowych filmikach napina się je w trzy minuty, równiutko jak struny w gitarze. U mnie pierwsza próba wyglądała tak, że lewa strona była napięta do granic, a prawa wisiała jak sznurek na pranie.
Rozwiązanie okazało się prozaiczne: nie prowadzić nitki na oko, tylko liczyć nacięcia na listwie i co dziesięć przejść sprawdzać opór palcem. Za drugim razem zeszło mi czterdzieści minut, za trzecim piętnaście.
Jedna rzecz, której nikt mi nie powiedział: bawełniany sznurek na osnowę jest dla początkującego lepszy niż wełna, bo się nie rozciąga i wybacza szarpanie. Wełnę zostawiłem na wątek, czyli na to, co widać. Gdybym zaczął od wełnianej osnowy, pewnie odłożyłbym ramę po pierwszym wieczorze.
Wieczory drugi i trzeci: pierwsze rzędy i pierwsze prucie
Sam splot jest prosty jak przeplatanka z podstawówki: nad nitką, pod nitką, na końcu rzędu zawrócić. Po godzinie miałem dziesięć rzędów i rosnącą dumę. Po dwóch godzinach zauważyłem, że moja tkanina zwęża się jak klepsydra: z osiemnastu centymetrów zrobiło się czternaście.
To ponoć błąd numer jeden każdego początkującego: wątek ciągnie się za mocno i boki uciekają do środka. Ratunek nazywa się układaniem nitki w łuk, górką, i dopiero potem dobijaniem jej w dół. Brzmi dziwnie, działa natychmiast.
Wieczór trzeci w całości zszedł mi na pruciu tych czternastu rzędów i tkaniu ich od nowa. I powiem szczerze: to prucie nauczyło mnie więcej niż tkanie, bo widziałem od spodu, jak każda nitka pracuje. W naprawianiu mebli mam dokładnie tak samo, najwięcej rozumie się przy rozbieraniu cudzych błędów.
Wieczór czwarty: narzędzia z szuflady zamiast sklepu
Sklepowy zestaw tkacki kosztuje tyle, co porządna wiertarka, więc z ciekawości sprawdziłem, co da się zastąpić. Wynik przerósł oczekiwania. Za czółenko robi u mnie gruby kawałek tektury z nawiniętą wełną. Za grzebień do dobijania rzędów: zwykły widelec z kuchni, ten sam od niedzielnego rosołu.
Przesmyk, czyli uniesienie co drugiej nitki osnowy, żeby szybciej przełożyć wątek, załatwia płaska linijka wsunięta w splot i postawiona na sztorc.
Jedyne, co naprawdę kupiłem, to wełna. I tu rada z targu, nie ze sklepu: na początek szukaj grubej przędzy, minimum pięć milimetrów, bo efekt rośnie szybko i błędy giną w fakturze. Cienka przędza jest tańsza na metry, ale pierwszą pracę robi się z niej trzy razy dłużej i entuzjazm umiera gdzieś w połowie.
Wieczory piąty i szósty: frędzle, supły i pętelki
Kiedy podstawowy splot przestał wymagać myślenia, przyszła pora na ozdobniki. Frędzle robi się węzłem, który nazywa się rya: dwie nitki, pętla wokół pary osnów, zaciągnąć w dół. Pierwszy rząd frędzli zajął mi pół wieczoru, drugi piętnaście minut, przy trzecim ręce pracowały same, a ja oglądałem serial.
Potem pętelki: wątek nawija się na drewniany kołek albo gruby ołówek i po wyjęciu zostaje rządek puszystych oczek. Z tych dwóch technik plus zwykłego splotu da się złożyć całą fakturę ściennej tkaniny, tej, którą w sklepach z rękodziełem sprzedają po dwieście złotych i więcej.
Zaskoczenie wieczoru szóstego: wełna w dwóch odcieniach tego samego koloru wygląda lepiej niż pięć kolorów naraz. Moja pierwsza, pstrokata próba wisi teraz w garażu. Druga, szaro-kremowa, dostała miejsce w przedpokoju i goście pytają, skąd ją mamy.
Wieczór siódmy: zdjęcie z ramy i rachunek sumienia
Zdjęcie tkaniny z ramy to osobna umiejętność: osnowę tnie się po kilka nitek i od razu wiąże, inaczej całość zaczyna się rozłazić w rękach. Górne końcówki chowa się z tyłu albo zawiesza pracę na drewnianym kijku, u mnie poszedł na to kawałek trzonka od starej szczotki, oszlifowany i nasmarowany olejem do desek.
Rachunek po tygodniu: rama 5 zł, dwa motki grubej wełny 38 zł, sznurek bawełniany 9 zł, widelec i linijka za darmo. Razem niecałe pięćdziesiąt dwa złote i siedem wieczorów, z których żaden nie był stracony, nawet ten z pruciem.
Czy zostanę przy tkaniu? Nie wiem. Ale rama stoi już nawleczona na kolejną pracę i to chyba najlepsza odpowiedź. Z rzeczy za pięć złotych rzadko wyrasta nowy nawyk, a tu proszę.
Michał Wieczorek
Naprawia to, co inni wystawiają do śmieci: meble, książki, ceramikę. Uczył się na własnych błędach i pierwszym rozklejonym krześle, które trzeba było składać trzy razy. Powtarza, że cierpliwość to jedyne narzędzie, którego nie da się kupić w markecie budowlanym. Najbardziej lubi znaleziska z lat siedemdziesiątych, bo wtedy meble robiono z myślą, że mają przetrwać pokolenia.


