Warsztaty ceramiki mnie ośmieszyły w cztery minuty. Zapisałem się na kolejne tego samego wieczoru

Na warsztaty ceramiki zapisałem się z bardzo konkretną wizją. Widziałem siebie przy kole garncarskim, jak spod moich dłoni wyrasta smukła, elegancka waza, dokładnie taka jak na zdjęciach, którymi pracownia reklamowała zajęcia. Rzeczywistość zweryfikowała tę wizję w jakieś cztery minuty.

Glina ma własne zdanie

Pierwsza próba na kole skończyła się tym, że wyrzuciłem mokrą bryłę w powietrze i ochlapałem instruktorkę od stóp do głów.
Druga tym, że naczynie zawirowało i rozpłaszczyło się w coś na kształt naleśnika, który powoli zjeżdżał z koła. Glina, wbrew pozorom, ma własne zdanie i egzekwuje je bez litości, a moje dłonie nie miały o tym zdaniu bladego pojęcia. Reszta grupy radziła sobie różnie, ale nikt nie stworzył niczego, co przypominałoby zdjęcia reklamowe, i to była pierwsza pocieszająca obserwacja tego wieczoru: wszyscy byliśmy równie niezdarni i wszyscy mieliśmy glinę we włosach.

Krzywa miska, z której piję do dziś

Na pocieszenie instruktorka pokazała nam lepienie ręczne i tu wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałem.
Gruba, koślawa miseczka, którą ulepiłem z wałeczków gliny, dała mi więcej satysfakcji niż niejedna rzecz, którą w życiu kupiłem gotową. Była brzydka i była moja. Dwa tygodnie później, kiedy odebrałem ją po pierwszym wypale, szkliwieniu i drugim wypale, postawiłem ją na biurku i stoi tam do dziś, trzymając spinacze i długopisy. Za każdym razem, kiedy na nią patrzę, przypomina mi, że zrobiłem ją sam, od bryły mokrej gliny do rzeczy, której używam codziennie, i że nie musiała być ładna, żeby była wartościowa.

Ile to kosztuje i czego się spodziewać

Zanim ktoś się zapali, garść konkretów, bo rozjazd między reklamą a rzeczywistością bywa kosztowny.
Pojedyncze zajęcia wprowadzające to wydatek rzędu 100 do 180 złotych, kurs czterotygodniowy od 350 do 600. W cenie zwykle jest glina, narzędzia, szkliwa i oba wypały, ale bywa różnie z limitem prac, więc o to trzeba zapytać przed zapisem, a nie po. Wszystko, co warto wiedzieć wcześniej, ile płacisz, kiedy odbierzesz naczynie i po czym poznać dobrą pracownię, zebrałem w osobnym tekście o tym, czego naprawdę spodziewać się na warsztatach ceramiki, bo te szczegóły potrafią zdecydować, czy wrócisz.

Dlaczego wróciłem tego samego wieczoru

Dopisałem się na kolejny kurs jeszcze przed wyjściem z pracowni, zanim zdążyłem wytrzeźwieć z tej dziwnej euforii.
I nie żałuję ani złotówki. Ceramika okazała się najlepszym hobby, jakie zacząłem od lat, właśnie dlatego, że na starcie mnie ośmieszyła i zdjęła ze mnie presję bycia dobrym. Kiedy pierwsza próba jest tak spektakularnie nieudana, przestajesz się bać porażki, a zaczynasz po prostu bawić się materiałem. To rzadkie uczucie w dorosłym życiu, w którym prawie wszystko robimy już w miarę sprawnie i boimy się rzeczy, w których jesteśmy kiepscy. Glina pozwala być kiepskim bez wstydu, a to bezcenne.

Co zostaje z gliny

Dziś mam w domu kilka naczyń własnej roboty i żadne nie jest tą smukłą wazą z reklamy.
Są krzywe, grube i szczerze niedoskonałe, a mimo to używam ich codziennie i wolę je od równych rzeczy ze sklepu. Kiedy piję kawę z własnoręcznie ulepionego kubka o nierównym uchu, czuję coś, czego nie daje żaden produkt z półki: że to przeszło przez moje ręce, od mokrej bryły do gotowej rzeczy, przez dwa wypały i jedną kompromitację przy kole. Warsztaty ceramiki nie zrobiły ze mnie artysty i nie taki był cel. Przypomniały mi za to, że wolno być w czymś nowym i kiepskim, i że to jest właśnie ta najlepsza, najbardziej ludzka część każdego nowego zajęcia.

MW
O autorze

Michał Wieczorek

Naprawia to, co inni wystawiają do śmieci: meble, książki, ceramikę. Uczył się na własnych błędach i pierwszym rozklejonym krześle, które trzeba było składać trzy razy. Powtarza, że cierpliwość to jedyne narzędzie, którego nie da się kupić w markecie budowlanym. Najbardziej lubi znaleziska z lat siedemdziesiątych, bo wtedy meble robiono z myślą, że mają przetrwać pokolenia.